Co z nami dalej będzie, gdy spotkamy się na koronawirusowym zakręcie?

Co z nami dalej będzie, gdy spotkamy się na koronawirusowym zakręcie?

 

Większość z nas w pędzie swojego życia, pogodni za pieniądzem, lepszym życiem, za po prostu przetrwaniem w końcu się zatrzymała. Co to oznacza dla ludzkości? Nie będąc gołosłownym na pierwszy rzut oka widać, iż jest to dobre dla nas wszystkich. W końcu możemy skupić się na własnym „ja”, na drugim człowieku, żyjącym na co dzień w naszym otoczeniu. Często jest to osoba, z którą mieszkamy, jednak nierzadko można odnieść wrażenie, że wręcz obok. Zatem czas na bliższe spotkania wyższego stopnia. Może nie do końca „mocno” towarzyskie, bo ograniczenia są dosyć restrykcyjne ostatnimi czasy, wszystko jednak w granicach rozsądku odbywać się będzie na łonie rodziny lub w wąskim gronie drugiego śmiertelnika. 

W internecie w różnego rodzaju social mediach odkąd ludziom zaczęła doskwierać izolacja, poczyniono przymiarki ku temu, co zostanie dokonane, gdy już wszyscy będziemy „wolni”. I tutaj pojawiają się wszelakiej maści memy, przedstawiające  m. in. osoby w sile wieku tańczące bliżej nieokreślony taniec, co ma dać każdemu z nas do zrozumienia, że nieprędko zostaniemy uwolnieni, jednak gdy to już nastąpi możliwe, iż nasz wiek będzie mocno jesienny, a ruchy w takt muzyki nie do końca skoordynowane. Idąc dalej wiele osób deklaruje, czy to w postaci pisemnej, czy też wizualnej że nie może doczekać się spotkań towarzyskich, zarówno w gronie rodziny, jak i znajomych. Tutaj nasuwa się refleksja, skądinąd trafna, iż dopiero wirus w koronie „przycisnął” nas wszystkich w taki sposób, iż w końcu zaczęliśmy doceniać drugiego człowieka. Na bok odeszły swary i kłótnie, a na pierwszy plan wysunęła się potrzeba obcowania z drugim śmiertelnikiem. Zwykła rozmowa „na żywo” nabrała w tych czasach nie lada wartości. Cóż bardziej przyjemnego, gdy twarz czy nawet postać osób nam bliskich nie jest „spikselowana” przez różnego rodzaju ekrany, a  po prostu namacalna, żywa i blisko nas?

Niejednokrotnie można spotkać się z oświadczeniami dotyczącymi sportów ekstremalnych, jak np. zorganizowania grilla do białego rana w towarzystwie wszystkich znajomych, odwiedzenia każdego możliwego miejsca, które mieliśmy w planach a nie znaleźliśmy na nie czasu, a na skoku z bungee czy kitesurfingu skończywszy. 

Jak to jest, że ci wszyscy, którzy twardo zapowiadali, i ogłaszali wszem, i wobec iż są zagorzałymi samotnikami, w dobie covidowej epidemii potrzebują drugiego „ludzia”? Człowiek jest gatunkiem stadnym i choćby nie wiem jak pragnął samotności, jest „skazany” na drugiego człowieka, na jego nawet minimalną obecność. W pamięci pozostają obrazy i niczym retrospekcja przesuwają się w naszej głowie, dając o sobie znać, wzbudzając tęsknotę za bliskością drugiej osoby.

Wielu zadeklarowanych samotników pochwaliło się w „internetach”, że w czasie wirusowej izolacji będą w końcu mieli czas na przeczytanie sterty zakurzonych książek, które planowali przeczytać od dawna, odświeżenie światowej kinematografii lub zajęcie się w końcu swoją pasją, która albo nieśmiale wychyla się z szuflady albo „kłuje w oczy” stojąc samotnie w kącie. Jednak, gdy już ów samotnik zaspokoi pragnienie tymi wszystkimi dobrociami, tak naprawdę pozostaje w nim pewien niedosyt. Początkowo jest on bliżej nieokreślony. Niby odczuwa spełnienie, ale jednak nie do końca. Brakuje tzw. wisienki na torcie. Co to takiego? Nic innego, jak kontakt z drugim człowiekiem. Zaczyna się niepozornie. Pretekst rozmowy przez telefon lub wirtualnie jest pierwszym, jaki samotnikowi przychodzi do głowy. Takie ogniwo, jest bezpieczne, pozwala zachować niezagrażający dystans z osobą, z którą od bardzo długiego czasu nie rozmawialiśmy. Jeśli grunt zostanie wybadany, samotnik spokojnie zagłębia się w kolejny poziom wtajemniczenia, czyli spotkania na żywo. I tutaj pojawia się, jak na razie nie do przeskoczenia, problem wirusa w koronie, który jemu to uniemożliwia. Nawet częste foniczne czy też pikselowe rozmowy nie zaspokajają potrzeby spotkania, bycia blisko, patrzenia na drugiego śmiertelnika swoimi własnymi oczami, a nawet najnormalniejszego dotyku – całusa na powitanie, uściśnięcia dłoni, poklepania po ramieniu czy przytulenia.

Jak widać na wyżej „załączonym obrazku” najzwyklejsze bycie z drugim jest potrzebne każdemu z nas. Pragniemy tego jak kania dżdżu.

Grunt, by w tym wszystkim się nie załamywać, nie poddawać, tylko ćwiczyć się w cierpliwości, która wcześniej czy później zostanie sowicie nagrodzona. Wszelkie zaś niedogodności pojawiające się w tym czasie odejdą w zapomnienie i jeszcze pozwolą na posiadanie interesujących naręczy wspomnień.

Obostrzenia powoli topnieją, obecnie mamy przed sobą perspektywę wyjścia na spacer do parku, lasu czy też na plażę, oczywiście wszystko zachowując rygorystyczny dystans i unikając skupisk innych śmiertelników. 

Wychodząc z kilkumiesięczną pierworodną na spacer w niezwykle urokliwe miejsce, jakim jest pobliskie jezioro muszę przyznać, iż jest niepospolicie przyjemnie. „Kto ma dzieciątko, ten ma świątko”, więc idziemy otulone ciepłymi promieniami słońca, czujemy wiatr, który muska nasze twarzyczki, słyszymy rozśpiewany ptasim trelem wiosenny las, ale… mimo tego piękna primaverowej przyrody czegoś brakuje, a raczej – kogoś. No właśnie, tych wszystkich ludzi, którzy mogli nam przeszkadzać, hałasować, śmiać się, rozmawiać. W obecnej sytuacji pragniemy ludzkiego zgiełku, nieważne iż często był on drażniący, ale po prostu był. Sam ptasi śpiew i odgłos pojazdów nie wystarczy. Organizmy stadne potrzebują się nawzajem. Pozwala to być zdrowszym, lepiej czuć się w, nie tylko swoim ale i innych towarzystwie. Prowokuje zachowania, których wcześniej nawet byśmy się nie spodziewali. I ci, którzy według naszego myślenia byli odbierani za wnerwiających teraz stają się ciekawymi osobowościami, z którymi chcemy przebywać. Powinniśmy zdawać sobie sprawę także z tego, iż każdy z nas jest inny i w diametralnie różny sposób się zachowuje czy odbiera otaczający świat. Niezwykle trafne określenie – „przeciwieństwa się przyciągają” nabiera w tym miejscu ogromnego znaczenia. Choć w przeciwieństwie do tego, śmiertelnicy o podobnym usposobieniu także odnajdują ze sobą wspólny język na wielu płaszczyznach życia. 

Jedno jest pewne, gdy już wyjdziemy z domów spotkaniom towarzyskim nie będzie końca. A co teraz? W jaki sposób poczuć wiosnę w powietrzu? Jest na to kilka sposobów. Jednym z nich jest wychodzenie ze swoim zwierzątkiem na spacer. W mediach aż huczy od śmiałków wyprowadzających swych podopiecznych na wietrzenie i nie są to wszystkim znane psy czy koty, ale także świnki morskie, chomiki, króliki, żółwie lub większy kaliber pod postacią świnek wietnamskich, kóz albo owiec. Jak widzimy każdy rodzaj zwierzątka staje się przyczynkiem do dłuższych wędrówek na świeżym powietrzu. Ochotników przy tym jest sporo. Dotychczas wychodzenie z pupilem było przykrym obowiązkiem dla niejednej pociechy czy dorosłego i wyjście na spacer graniczyło z cudem, teraz to nawet my dorośli w podskokach czym prędzej przywdziewamy co nieco i lecimy na dwór.

Kolejnym sposobem na wyjście na zewnątrz jest wynoszenie śmieci. Warto przytoczyć tutaj anegdotę o pewnym hiszpańskim małżeństwie, które wspólnie wynosiło śmieci do oddalonego 300 metrów od ich domu kubła. Traf chciał, że policja właśnie przejeżdżała tamtędy i zatrzymała rzeczoną parę. Wielce się zdziwili, ponieważ znani im małżonkowie nigdy wspólnie nie wynosili domowych odpadów.

Wyjścia do sklepów, celem nabycia artykułów pierwszej potrzeby również mogą być pretekstem do zaczerpnięcia świeżego powietrza (w dosłownym tego słowa znaczeniu; patrząc na mapkę smogową – dobra jakość powietrza na terenie całego kraju utrzymuje się niemalże od początku panującej epidemii), wydłużanie drogi, kluczenie zaułkami, gubienie jakże znanej drożynki „do” i „ze” sklepu może przyczynić się do „wietrzenia” ale także i mandatu.  

Reasumując, nie poddawajmy się Drodzy Osobnicy, trwajmy w tym czasie blisko siebie w taki sposób, na jaki pozwala nam obecny świat. Schowajmy do kieszeni urazy i zwróćmy się w stronę drugiego człowieka. Szkoda tracić czasu na kłótnie czy zazdrości, lepiej poświęcić ten moment w sposób dla nas wszystkich przyjemny. Wyjaśnić sobie niejasności, niedomówienia, niezdrowe sytuacje i żyć pełnią życia wśród szczęśliwych ludzi w obiecującym, pełnym nadziei, optymistycznym świecie.

 

 

 

Paulina

Paulina

Paulina

Absolwentka Uniwersytetu im. Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy na Wydziale Filologii Polskiej, UAM w Poznaniu , o specjalności nauczycielskiej, oraz Uniwersytetu Szczecińskiego na kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna. Związana z Mirosławcem, swoją rodzinną miejscowością, którą traktuje jak swoją „małą ojczyzną”, a także Szczecinem oraz Świnoujściem, w którym w końcu osiadła. Przez ponad dekadę pracowała w oświacie, na wszystkich poziomach kształcenia. Pisarka bajek dla dzieci. Redaktor i korektor tekstów na różnorodne strony internetowe, zgodne z wymaganiami seo. Miłośniczka kinematografii wszelakiej oraz wielbicielka obcowania z naturą. To także żona, mama, wrażliwa na drugiego człowieka, a także przyrodę, dającą ucieczkę od pędzącego świata.

Dodaj komentarz